- Dzień dobry, bilety do kontroli - z zamyślenia wyrwał mnie spokojny głos konduktora. Podałam mu bilet uśmiechając się lekko - taka młoda dama i przed świętami tak daleko się wybiera? No chyba, że do domu - obdarował mnie ciepłym spojrzeniem.
- Nie, nie do domu - odparłam nic nie tłumacząc.
- Do widzenia - rzucił ostatni raz pokazując mi swoje zęby w serdecznym uśmiechu i wyszedł. Postanowiłam więcej nie katować się i pozwoliłam mojemu ciału odpocząć.
Obudziłam się po kilku godzinach, kiedy to w Krakowie dosiała się do mnie pani z dzieckiem. Na oko 9-letnim.
- Michaś, nie hałasuj pani śpi - powiedziała ściszonym głosem kobieta łapiąc chłopca za rękę.
- Nie, nie, nie przeszkadza, spałam już wystarczająco długo - rzekłam i zaczęłam się zastanawiać czy mój uśmiech wyglądał wystarczająco przekonująco. Młody podszedł do mnie i poczułam jak uderza swoją machającą nogą w moją kostkę.
- Mas dla mnie ksiąske?
- Nie, nie spodziewałam się, że będę miała takiego towarzysza, ale jak chcesz możemy zagrać w jakąś gre na moim laptopie - powiedziałam do niego.
- Supel! - zdecydowanie 9latkiem nie był.
Dzięki moim towarzyszom podróż upłynęła dość szybko i już niedługo mogłam napawać się widokiem gór. Za każdym razem wywoływały we mnie takie same emocje. Stałam i wgapiałam się w widok, czując zachwyt, podniecenie lecz jednocześnie spokój i ulgę. Byłam pewna, że podjęłam dobrą decyzję. Zamknęłam oczy i pozwoliłam świeżemu powietrzu przetaczać się przez moje płuca, a uszy otworzyły się na dźwięk śpiewu ptaków, których zdecydowanie w mieście nigdy nie słyszałam. Szum drzew sprawiał, iż czułam jak upływają ze mnie problemy i troski. Wysłałam rodzicom smsa z informacją, że jestem już na miejscy, żeby się nie martwili i wyłączyłam telefon. Nie miałam zamiaru go używać przez najbliższy tydzień, dlatego też kratki z życzeniami dałam siostrze, by w Wigilię dotarły do moich rodziców. Uznałam, że dobrym pomysłem będzie obejrzenie pokoju i wtedy tez poczułam jak ciężką mam walizkę. Dziękowałam Bogu, że kilka rzeczy wyjęłam przez samym wyjazdem, bo zdecydowanie teraz byłoby mi jeszcze trudniej. Mijałam ludzi zastanawiając się ilu z nich przyjechało tu w takim celu jak ja, ile jest takich wariatów na świecie? Obawiałam się, że i w tym przypadku jestem osamotniona. Tu jednak tego nie odczuwałam. Tu nie było samotności nawet wtedy, kiedy byłam sama na szlaku.
Wylądowałam w starej góralskiej rodzinie, otwartej na gości.
- Panienka ładna taka sama tu do nas przybyła? - zapytała, zaciągając gwarą pani w średnim wieku.
- Tak to u nas w Wielkopolsce bywa - uśmiechnęłam się smutno.
- Tu sobie kogoś panienka znajdzie, bo to w Wigilię to się cuda dzieją.
- Nie potrzebuję nikogo - rzekłam przekonana.
- Nie? To po co panienka tu przyjechała? - słusznie spostrzegła kobieta a ja zaczęłam się zastanawiać co było prawdziwym powodem mojej wizyty tu.
- Kocham góry. Odnajduje tu spokój.
- Jo! Opowiem młodym, że będzie kobitka taka ładna z nami na święta to się pół wsi zleci - zaśmiała się, ubrała pościel i wyszła dając mi jeszcze kilka wskazówek dotyczących sprawnego poruszania się w domu i najbliższej okolicy. Postawiłam swoją walizkę przy łóżku i podeszłam do drzwi balkonowych. Widok był właśnie taki jaki sobie wyobrażałam i jaki pokazywano na filmach. 20 metrów od mojego balkonu, pod którym był taras rozciągała się polana a niewiele dalej zaczynały się pierwsze szlaki. Dotknęłam swojej twarzy i postanowiłam wziąć kąpiel. Łazienka była mała, jednak niczego w niej nie brakowało. Odświeżyłam się dość szybko, bo zbyt długie przebywanie w ciepłej wodzie sprawiłoby, że już nigdzie bym się dziś nie ruszyła a miałam kilka planów, których niewykonanie groziło by upadkiem mojego całego misternego planu pobytu tu. Zero rozpamiętywania, sto procent radość - tak brzmiało moje motto na najbliższe przynajmniej 10 dni. Wciągnęłam na siebie ciemne spodnie i gruby czerwony sweter. Rozpakowałam resztę rzeczy, ubrałam kurtkę oraz buty i poszłam wypożyczyć deskę snowboardową. Po dwóch godzinach wróciłam na obiad nie tylko z deską ale z googlami i kaskiem, które nie wypożyczyłam a kupiłam. Nie wiem czy dlatego, że mi się spodobały czy powodem było zrobienie czegoś, by mieć po co tu wracać. Pani Anielka podawała mi obiad wypytując przy tym o plany na dzisiejszy dzień.
- Wezmę lekcje jeżdżenia na desce - uśmiechnęłam się.
- Cieszy się panienka, ze śnieg spadł bo tak to by się wynudziła.
- Coś bym wymyśliła. Dziękuje - powiedziałam kończąc obiad - pójdę się przygotować - wstałam od stołu.
- Na kolacje panienka wróci?
- Wróci, wróci - odpowiedziałam życzliwe i zniknęłam w łazience.
Po kilkunastu minutach maszerowałam z deską pod pachą, googlami na szyi i w ciężkich butach narciarskich. Mój nauczyciel okazał się młody. Nawet bardzo. Dziewiętnastolatek. Byłam pewna, że skądś go znam. Na początku nauczyłam się stać na desce i ją wpinać. Okazało się, ze trochę techniki i człowiek się gubi. Ostatecznie udało mi się to opanować w 15 minut po czym chłopak - nie można powiedzieć, że facet, bo nim po prostu jeszcze nie był - który mnie uczył, że dawno nikomu tak dobrze nie poszło. Nie wiedziałam czy sobie ze mnie żartuje czy wręcz przeciwnie.
- No to super - powiedziałam podnosząc się ze śniegu. Zauważyłam jego ładny i delikatny uśmiech. Kolejne minuty były dla mnie męką. Po półgodzinie nie czułam pośladków. Wydawało mi się, że to będzie dużo łatwiejsze. Kolejna próba. Znowu przysłowiowa gleba. Krzysiek - bo tak miał na imię mój 'trener' podał mi rękę, podnosząc mnie do pionu, nieźle się przy tym ze mnie nabijając. Zdjęłam google i rzuciłam mu mordercze spojrzenie. Uspokoił się na chwilę i znowu wybuchnął śmiechem, tym razem się do niego przyłączyłam. Z każdym zjazdem szło mi coraz lepiej. W końcu załapałam i pomyślałam, że już go nie potrzebuje i już chciałam się z nim podzielić moimi spostrzeżeniami ale gdzieś mi zniknął. Dwie sekundy później poczułam lekkie uderzenie w kask. Zastanawiałam się o co chodzi, kiedy usłyszałam jego śmiech.
- O nie - powiedziałam i błyskawicznie wypięłam deskę biorąc w ręce dużą masę śniegu - już po Tobie! - krzyknęłam i cisnęłam śnieżką przed siebie.
- Następnym razem nie trafisz! - usłyszałam bliżej jego głos. Spojrzałam na jego rękę i minimalnie uchroniłam się od śniegu. Bawiliśmy się jak dzieci. W końcu stanęliśmy przed sobą.
- Chyba musimy kończyć - uśmiechnęłam się.
- Świetnie Ci poszło - powiedział i pierwszy raz zdjął google - Krzysiek jestem - z uśmiechem wyciągnął do mnie rękę a ja nie za bardzo wiedziałam, czy nie zacząć rozglądać się za ukrytą kamerą.
- Maja. Coś niesamowitego - rzuciłam i od razu skarciłam się w myślach.
- Mam nadzieję, że jutro się pojawisz? - spojrzał podejrzliwie.
- Postaram się nie zaspać. - zaśmiałam się a chłopak mi zawtórował. Nie był taki zły, oprócz tego, że był przystojny był też normalnym chłopakiem. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie po 3 godzinach spędzonych z nim na stoku.
- Hej a może chcesz pójść dzisiaj ze mną na karaoke? - usłyszałam za plecami. Stoczyłam w głowie szybką bitwę i choć ustaliłam, że odmówię zapytałam:
- O której?
- O 20.30 przed Starą Chatą? - obdarował mnie ciepłych uśmiechem.
- Do zobaczenia - odwzajemniłam miły gest pokazując przy tym wszystkie zęby, ruszyłam na kolacje zastanawiając się co ja takiego ubiorę.