poniedziałek, 7 lipca 2014

Zaczynamy.

Zawsze o tym marzyłam. Teraz byłam pełnoletnia i mogłam robić to co mi się żywnie podobało. Czułam się dobrze, zdecydowanie lepiej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Pierwszy raz od dawana spełniałam swoje marzenie, już zapomniałam jakie to uczucie. Mama była przeciwna mojej decyzji, zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Jej córeczka chce spędzić Wigilię samotnie w górach pośród górali, od których z daleka będzie czuć alkohol. Jej wszystko kojarzyła się z alkoholem. Spakowałam ostatnie walizki i poszłam ubrać buty. Byłam sama w mieszkaniu co podwójnie mnie cieszyło. Pośpiesznie się ubrałam i niemalże uciekłam na dworzec kolejowy. Kupiłam bilet, usiadłam w pociągu, włożyłam słuchawki do uszu i głęboko odetchnęłam. "Ja żyję. Jednak żyję" - pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie. Uciekałam od przeszłości, od bólu i rozpaczy. Czułam w sercu straszną pustkę. Miesiąc temu oddałam się nauce. Zamiast płakać lub staczać się gdzieś pośród ludzi żyjących od dawna na marginesie społecznym, siadałam i się uczyłam. Na początku niewiele wychodziło. Nauczyłam się tego z czasem. Popadłam w monotonnie. Moje życie zrobiło się nudne. Mój stan psychiczny przyczynił się do straty przyjaciół a wyjścia ze znajomymi ograniczyłam do minimum. Najczęściej widywałam się z nimi na zajęciach dodatkowych, którymi wypełniałam dosłownie cały czas wolny. Nie wiem czy podobało mi się takie życie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Bałam się zburzyć tak ciężko wypracowany wewnętrzny spokój. Odcięłam się od ludzi. Zawsze to robiłam. Odkąd pamiętam uciekałam. Kilkanaście lat nieustannej ucieczki. W końcu się zmęczyłam.
- Dzień dobry, bilety do kontroli - z zamyślenia wyrwał mnie spokojny głos konduktora. Podałam mu bilet uśmiechając się lekko - taka młoda dama i przed świętami tak daleko się wybiera? No chyba, że do domu - obdarował mnie ciepłym spojrzeniem.
- Nie, nie do domu - odparłam nic nie tłumacząc.
- Do widzenia - rzucił ostatni raz pokazując mi swoje zęby w serdecznym uśmiechu i wyszedł. Postanowiłam więcej nie katować się i pozwoliłam mojemu ciału odpocząć.
Obudziłam się po kilku godzinach, kiedy to w Krakowie dosiała się do mnie pani z dzieckiem. Na oko 9-letnim.
- Michaś, nie hałasuj pani śpi - powiedziała ściszonym głosem kobieta łapiąc chłopca za rękę.
- Nie, nie, nie przeszkadza, spałam już wystarczająco długo - rzekłam i zaczęłam się zastanawiać czy mój uśmiech wyglądał wystarczająco przekonująco. Młody podszedł do mnie i poczułam jak uderza swoją machającą nogą w moją kostkę.
- Mas dla mnie ksiąske?
- Nie, nie spodziewałam się, że będę miała takiego towarzysza, ale jak chcesz możemy zagrać w jakąś gre na moim laptopie - powiedziałam do niego.
- Supel! - zdecydowanie 9latkiem nie był.
Dzięki moim towarzyszom podróż upłynęła dość szybko i już niedługo mogłam napawać się widokiem gór. Za każdym razem wywoływały we mnie takie same emocje. Stałam  i wgapiałam się w widok, czując zachwyt, podniecenie lecz jednocześnie spokój i ulgę. Byłam pewna, że podjęłam dobrą decyzję. Zamknęłam oczy i pozwoliłam świeżemu powietrzu przetaczać się przez moje płuca, a uszy otworzyły się na dźwięk śpiewu ptaków, których zdecydowanie w mieście nigdy nie słyszałam. Szum drzew sprawiał, iż czułam jak upływają ze mnie problemy i troski. Wysłałam rodzicom smsa z informacją, że jestem już na miejscy, żeby się nie martwili i wyłączyłam telefon. Nie miałam zamiaru go używać przez najbliższy tydzień, dlatego też kratki z życzeniami dałam siostrze, by w Wigilię dotarły do moich rodziców. Uznałam, że dobrym pomysłem będzie obejrzenie pokoju i wtedy tez poczułam jak ciężką mam walizkę. Dziękowałam Bogu, że kilka rzeczy wyjęłam przez samym wyjazdem, bo zdecydowanie teraz byłoby mi jeszcze trudniej. Mijałam ludzi zastanawiając się ilu z nich przyjechało tu w takim celu jak ja, ile jest takich wariatów na świecie? Obawiałam się, że i w tym przypadku jestem osamotniona. Tu jednak tego nie odczuwałam. Tu nie było samotności nawet wtedy, kiedy byłam sama na szlaku.
Wylądowałam w starej góralskiej rodzinie, otwartej na gości.
- Panienka ładna taka sama tu do nas przybyła? - zapytała, zaciągając gwarą pani w średnim wieku.
- Tak to u nas w Wielkopolsce bywa - uśmiechnęłam się smutno.
- Tu sobie kogoś panienka znajdzie, bo to w Wigilię to się cuda dzieją.
- Nie potrzebuję nikogo - rzekłam przekonana.
- Nie? To po co panienka tu przyjechała? - słusznie spostrzegła kobieta a ja zaczęłam się zastanawiać co było prawdziwym powodem mojej wizyty tu.
- Kocham góry. Odnajduje tu spokój.
- Jo! Opowiem młodym, że będzie kobitka taka ładna z nami na święta to się pół wsi zleci - zaśmiała się, ubrała pościel i wyszła dając mi jeszcze kilka wskazówek dotyczących sprawnego poruszania się w domu i najbliższej okolicy. Postawiłam swoją walizkę przy łóżku i podeszłam do drzwi balkonowych. Widok był właśnie taki jaki sobie wyobrażałam i jaki pokazywano na filmach. 20 metrów od mojego balkonu, pod którym był taras rozciągała się polana a niewiele dalej zaczynały się pierwsze szlaki. Dotknęłam swojej twarzy i postanowiłam wziąć kąpiel. Łazienka była mała, jednak niczego w niej nie brakowało. Odświeżyłam się dość szybko, bo zbyt długie przebywanie w ciepłej wodzie sprawiłoby, że już nigdzie bym się dziś nie ruszyła a miałam kilka planów, których niewykonanie groziło by upadkiem mojego całego misternego planu pobytu tu. Zero rozpamiętywania, sto procent radość - tak brzmiało moje motto na najbliższe przynajmniej 10 dni. Wciągnęłam na siebie ciemne spodnie i gruby czerwony sweter. Rozpakowałam resztę rzeczy, ubrałam kurtkę oraz buty i poszłam wypożyczyć deskę snowboardową. Po dwóch godzinach wróciłam na obiad nie tylko z deską ale z googlami i kaskiem, które nie wypożyczyłam a kupiłam. Nie wiem czy dlatego, że mi się spodobały czy powodem było zrobienie czegoś, by mieć po co tu wracać. Pani Anielka podawała mi obiad wypytując przy tym o plany na dzisiejszy dzień.
- Wezmę lekcje jeżdżenia na desce - uśmiechnęłam się.
- Cieszy się panienka, ze śnieg spadł bo tak to by się wynudziła.
- Coś bym wymyśliła. Dziękuje - powiedziałam kończąc obiad - pójdę się przygotować - wstałam od stołu.
- Na kolacje panienka wróci?
- Wróci, wróci - odpowiedziałam życzliwe i zniknęłam w łazience.

Po kilkunastu minutach maszerowałam z deską pod pachą, googlami na szyi i w ciężkich butach narciarskich. Mój nauczyciel okazał się młody. Nawet bardzo. Dziewiętnastolatek. Byłam pewna, że skądś go znam. Na początku nauczyłam się stać na desce i ją wpinać. Okazało się, ze trochę techniki i człowiek się gubi. Ostatecznie udało mi się to opanować w 15 minut po czym chłopak - nie można powiedzieć, że facet, bo nim po prostu jeszcze nie był - który mnie uczył, że dawno nikomu tak dobrze nie poszło. Nie wiedziałam czy sobie ze mnie żartuje czy wręcz przeciwnie.
- No to super - powiedziałam podnosząc się ze śniegu. Zauważyłam jego ładny i delikatny uśmiech. Kolejne minuty były dla mnie męką. Po półgodzinie nie czułam pośladków. Wydawało mi się, że to będzie dużo łatwiejsze. Kolejna próba. Znowu przysłowiowa gleba. Krzysiek - bo tak miał na imię mój 'trener' podał mi rękę, podnosząc mnie do pionu, nieźle się przy tym ze mnie nabijając. Zdjęłam google i rzuciłam mu mordercze spojrzenie. Uspokoił się na chwilę i znowu wybuchnął śmiechem, tym razem się do niego przyłączyłam. Z każdym zjazdem szło mi coraz lepiej. W końcu załapałam i pomyślałam, że już go nie potrzebuje i już chciałam się z nim podzielić moimi spostrzeżeniami ale gdzieś mi zniknął. Dwie sekundy później poczułam lekkie uderzenie w kask. Zastanawiałam się o co chodzi, kiedy usłyszałam jego śmiech.
- O nie - powiedziałam i błyskawicznie wypięłam deskę biorąc w ręce dużą masę śniegu - już po Tobie! - krzyknęłam i cisnęłam śnieżką przed siebie.
- Następnym razem nie trafisz! - usłyszałam bliżej jego głos. Spojrzałam na jego rękę i minimalnie uchroniłam się od śniegu. Bawiliśmy się jak dzieci. W końcu stanęliśmy przed sobą.
- Chyba musimy kończyć - uśmiechnęłam się.
- Świetnie Ci poszło - powiedział i pierwszy raz zdjął google - Krzysiek jestem - z uśmiechem wyciągnął do mnie rękę a ja nie za bardzo wiedziałam, czy nie zacząć rozglądać się za ukrytą kamerą.
- Maja. Coś niesamowitego - rzuciłam i od razu skarciłam się w myślach.
- Mam nadzieję, że jutro się pojawisz? - spojrzał podejrzliwie.
- Postaram się nie zaspać. - zaśmiałam się a chłopak mi zawtórował. Nie był taki zły, oprócz tego, że był przystojny był też normalnym chłopakiem. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie po 3 godzinach spędzonych z nim na stoku.
- Hej a może chcesz pójść dzisiaj ze mną na karaoke? - usłyszałam za plecami. Stoczyłam w głowie szybką bitwę i choć ustaliłam, że odmówię zapytałam:
- O której?
- O 20.30 przed Starą Chatą? - obdarował mnie ciepłych uśmiechem.
- Do zobaczenia - odwzajemniłam miły gest pokazując przy tym wszystkie zęby, ruszyłam na kolacje zastanawiając się co ja takiego ubiorę.